Tekst ukazał się w Chorwacji w kwietniu 2021 roku, bezpośrednio po śmierci Adama Zagajewskiego. Opublikowany został w miesięczniku BESTBOOK, który ukazuje się jako dodatek do tygodnika „Express”. Esej jest też dostępny na portalu Express i 24sata oraz na stronie internetowej autora – Miljenka Jergovicia – www.jergovic.com
Przekład ukazał się w drukiem w Polsce w Kwartalniku Literackim WYSPA nr 2/2021
(https://rynek-ksiazki.pl/sklep/wyspa-2-2021-wersja-pdf/)

………………………………………………
Miljenko Jergović
Adam Zagajewski, wolny od lęku
Znów wracam do wiersza ze zbioru „Płótno”, który ukazał się w roku 1990 w Paryżu, wciąż jeszcze jako wydanie emigracyjne. Nosi tytuł „Oglądając »Shoah« w pokoju hotelowym, w Ameryce”. To jeden z tych wierszy Zagajewskiego, które opisują scenę osobiście doświadczoną lub dopiero co widzianą. Nic w nich nie jest zmyślone, dopisane, upiększone, nic nie przywołuje na myśl poetyckiego ceremoniału, prostoduszności wersu i rymu – to rzeczywistość przemawia jego głosem. Poeta jest tłumaczem milczącego i niemego języka świata, w którym żyje. Oto znajduje się w pokoju hotelowym w Ameryce. Nie wiadomo, gdzie w Ameryce ani jaka to pora roku. Ale nam się wydaje, że jest lato, bo w tłumaczeniu Biserki Rajčić „noc jest delikatna jak sierść źrebaka”.
[oryginał: „Noc bywa delikatna jak sierść źrebaka”.]
Gdzieś za ścianą w tym hotelu jacyś goście śpiewają happy birthday to you, a w cyklopim oku telewizora mieszają się obrazy. Zaczyna nam się wydawać, że i my doświadczaliśmy takich nocy, gdzieś w hotelach, daleko od domu. I choć brzmi to zupełnie nieprawdopodobnie, wtedy też ktoś za ścianą śpiewał happy birthday to you. Ta okoliczność łączy czytelnika z opowieścią. Nie da się tego pojąć, podobnie jak magicznej sztuczki, gdy w jakiejś książce, a zwłaszcza w wierszu, przeczytamy o czymś, co i nam się przytrafiło. Choć to, co następuje potem, już na pewno nie było naszym udziałem. „Drzewa mojego dzieciństwa przepłynęły ocean/ i powściągliwie pozdrawiały mnie z ekranu.”.
[oryginał: „Drzewa mojego dzieciństwa przepłynęły ocean/ i pozdrawiały mnie oschle z ekranu”.]
Adam Zagajewski urodził się we Lwowie, który przyszło mu bardzo szybko opuścić, dorastał w Gliwicach, na Śląsku, a potem w Krakowie. Kraków to ta sama Galicja, tyle, że parę setek kilometrów bardziej na zachód, ale tak naprawdę na drugim końcu świata. Drugim krańcem świata jest miejsce, do którego przybywają wygnańcy. Tuż obok Krakowa, tak blisko jak Zaprešić, jak Opatija, jak Omiš, jak Pazarić, znajduje się Auschwitz. Na równinie, gdzieś za tymi drzewami, za tymi rzadkimi lasami, w których nikt nie może się ukryć. I wtedy właśnie na ekranie telewizora, w amerykańskim pokoju hotelowym, w filmie Claude’a Lanzmanna „Shoah” Zagajewski rozpoznaje drzewa. Ale to jest dopiero początek wiersza. „Polscy wieśniacy zapuszczali się w teologiczne dysputy/ z jezuicką kwiecistością, tylko Żydzi milczeli/ wymęczeni długim umieraniem.”.
[oryginał: „Polscy chłopi wdawali się w teologiczne spory/ z jezuicką swadą, tylko Żydzi milczeli, zmęczeni długim umieraniem”.]
Bardzo precyzyjny opis tego, co dzieje się w filmie. Ci chłopi, którzy żegnali swoich żydowskich sąsiadów idących na śmierć lub którzy tej śmierci towarzyszyli, okopując kartofle tuż przy drutach kolczastych obozu, są niezwykle spokojnymi i opanowanymi ludźmi. Oni nie krzyczą, nie zaprzeczają temu, co się zdarzyło, choć i sposób, w jaki mówią, nie sprawia wrażenia, że wydarzyło się coś wielkiego. A jeśli nawet, to już raczej, że nadciągnęło nad Oświęcim jak jakaś pogodowa katastrofa. W odróżnieniu od nich i ich „jezuickiej kwiecistości” Żydzi w filmie przeważnie milczą, „wymęczeni długim umieraniem”. W tej znakomicie przełożonej frazie tkwi mistrzostwo poety. Żywi ludzie wymęczeni są długim umieraniem. Zatem milczą. Jest w tym obrazie coś paradoksalnego. Żywi nie powinni wiedzieć, jak wygląda umieranie, ale może i tego da się doświadczyć dzięki parapsychologii. Cóż takiego stało się ze światem, że żyjący są zmęczeni długim umieraniem? Potem następuje wers, zdanie o młodzieńczych wakacjach poety, które na kształt tych drzew wyzierają z ekranu, przybywając z drugiego brzegu oceanu i z drugiego krańca czasu. A wtedy: „Wozy na siano woziły włosy zamiast siana/ a ich osie skrzypiały pod tym puszystym ciężarem.”.
[oryginał: „Wozy drabiniaste wiozły włosy zamiast siana/ i skrzypiały ich osie pod puszystym ciężarem”.]
Naprawdę, zdarzyło się tak, że pośród tej niewinnej wiejskiej idylli koński zaprzęg wiózł włosy zamiast siana. Ścięte, obcięte, ogolone ludzie włosy – które posłużą jako surowiec w produkcji nie wiedzieć czego w powszednim ceremoniale wytwórczym kapitalizmu, który przyswoi sobie i to ludzkie doświadczenie – należały do ludzi, mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy obrócili się w popiół i dym z krematorium. Wbrew spokojowi polskich chłopów, to się naprawdę zdarzyło. I to wydarzenie, tak jak i te włosy, należą do kulturowego doświadczenia Europy. Ten „puszysty ciężar” spoczywa na jej sumieniu i przenosi się na sumienia poszczególnych europejskich wspólnot i poszczególnych ludzi.
Ale nikt przed Zagajewskim nie zauważył tego nieznośnie niewinnego i jakże poetyckiego obrazu: zamiast siana wóz wiezie włosy. U Zagajewskiego obrazy się rymują, a rym oparty jest na paradoksie. Paradoksem jest forma, w której włosy obciążają sumienie Europy. „Jesteśmy niewinne – oświadczały sosny./ Esesmani zmieniali się w słabowitych staruszków,/ lekarze walczyli o ich serce, życie, sumienie./ Było już późno, czułem podstępną falę senności.”.
[oryginał: „Jesteśmy niewinne, oświadczały sosny./ Esesmani zamienili się w kruchych starców,/ lekarze walczyli o ich serce, życie, sumienie./ Było już późno, czułem podstępną falę senności”.]
Dzieje się tak w filmie Claude’a Lanzmanna, a działo się i wokół nas. Trzeba przypomnieć Dinka Šakicia, który, co prawda, nie doścignął Auschwitz, ale uczynił wszystko, co było w jego mocy, by zgodnie z ideą Vjekoslava Luburicia, swego szwagra, czy kim tam on dla niego był, stworzyć z Jasenovaca miejsce na podobieństwo Auschwitz. Za co ostatecznie, gdy nadszedł jego kres, został nagrodzony uroczystością pogrzebową, podczas której honorową wartę pełnili przed nim emerytowani oficerowie chorwackiej armii z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, pod komendą jednego czy dwóch generałów, wszyscy w galowych mundurach – co nie wywołało słowa krytyki ani ze strony ministra obrony, ani szefa sztabu generalnego tej armii, mimo że był to pogrzeb zbrodniarza. Trzeba przypomnieć Milivoja Ašnera, esesmana z Đakova, który jako zbiegły zbrodniarz wojenny odwiedził w Austrii obóz „Vatrenih”, czyli Ognistych – jak mówi się na piłkarską reprezentację Chorwacji. Było to podczas tych triumfalnych mistrzostw świata albo Europy, a piłkarze z selekcjonerem na czele przyjęli go zachwyceni i złożyli swoje autografy na piłce. Chociaż Šakicia ani Ašnera nie ma w wierszu Zagajewskiego, ten wiersz jest również o nich. A dokładniej, wiersz jest o nas. I o tym, że „lekarze walczyli o ich serce, życie, sumienie”, a nam się przeważnie już w tym czasie chciało spać.
„Chciałem zasnąć, zasnąć, ale goście hotelowi/ coraz głośnej krzyczeli happy birthday to you/ (krzyczeli głośniej niż Żydzi, umierając)”.
[oryginał: „Chciałem zasnąć, zasnąć, ale goście hotelowi/ coraz głośniej krzyczeli happy birthday to you/ (wołali głośniej niż umierający Żydzi)”.]
Poetyckie mistrzostwo, ale i niezaprzeczalny dar odpowiedzialności moralnej przejawia się w tym, że Zagajewski nie rezerwuje dla siebie biletu do raju. On nie przyjmuje pozy moralnej wyższości. Nie jest jednym z tych bałkańskich blagierów, którzy wojnę spędzili w Wiedniu, a potem wracali na miejsce zdarzenia, i tu, na miejscu zdarzenia, przypisywali sobie moralną nieskazitelność i wszechobecną czystość martwych ze zbiorowych mogił. A potem o tym wszystkim pisali niesmaczne, fałszywie brzmiące wiersze. Osiągali przy tym moralne, ale i bardzo namacalne, materialne korzyści, ogłaszając się trupami pomordowanych.
Zagajewski tymczasem jest poetą. Dla niego to jasne, że z Shoah, że z Auschwitz nikt nie ma prawa się identyfikować. Widział w końcu, że nie identyfikują się z tym także Żydzi, milczący i „zmęczeni długim umieraniem”. I choćby nie wiem, jak był wolny od winy, bo Holokaustowi przeciwstawić może tylko swoje dzieciństwo i wygnanie do kraju martwych ludzi, jego w tym amerykańskim pokoju hotelowym, w czasie gdy w telewizji trwa w nieskończoność „Shoah” Claude’a Lanzmanna, jego po prostu ogarnęła senność. I tylko goście, którzy coraz głośniej śpiewają happy birthday to you, ratują go przed zaśnięciem przy Holokauście. A potem wielkie ciężarówki przewoziły „gwiazdy niebieskie” i pociągi poruszały się „melancholijnie na deszczu”.
[oryginał: „Wielkie ciężarówki zwoziły gwiazdy z firmamentu,/ pociągi jechały melancholijnie w deszczu”.]
„Jestem niewinny, usprawiedliwiał się Mozart”.
[oryginał: „Jestem niewinny, usprawiedliwiał się Mozart”.]
Dlaczego Mozart, skąd tu Mozart? Doprawdy nie rozumiecie? Mozart, ponieważ to właśnie on za każdym razem jest przywoływany jako postać niewinnego Niemca. Lub jako figura przeszłości, która poprzez zło nie nawiązuje do nieskończonej teraźniejszości Auschwitz. Gdy wykręcamy się, mówiąc, że istnieje jakaś inna europejskość od europejskości Adolfa Hitlera i Heinricha Himmlera, jakaś inna niemieckość i chorwackość, do których zaliczylibyśmy też siebie i swoją tożsamość, jak i swoją kiczowatą identyfikację z zawartością masowych grobów i popielników Auschwitz, wtedy zazwyczaj odwołujemy się do Mozarta. Tego ślicznego, dziecięcego geniusza. Tymczasem w wierszu Adama Zagajewskiego Mozart usprawiedliwia się, że jest niewinny. I to jest pierwsza, a może i jedyna chwila, w której ten wiersz wychodzi poza świat realny, stając się dziełem wyobraźni poetyckiej. Ale czy jej kulminacja, która dopiero nastąpi, jest urojona, czy była widziana i doświadczona?
Wiersz kończy się tak: „Byłem coraz bardziej senny i niewinny./ Telewizor przekonywał mnie: my obaj/ jesteśmy poza wszelkim podejrzeniem./ Zabawa urodzinowa stawała się coraz bardziej hałaśliwa. Bzy kwitną każdego roku jak liliowe petardy./ Ułożone w piramidę która sięga do nieba/ buty Oświęcimia skarżyły się cicho:/ niestety przeżyłyśmy ludzkość./ Śpijmy, śpijmy, nie mamy dokąd pójść”.
[oryginał: „Byłem coraz bardziej senny i niewinny./ Telewizor zapewniał mnie: my obaj/ jesteśmy poza wszelkim podejrzeniem./ Urodziny stawały się coraz bardziej huczne./ Bzy kwitną co roku jak filetowe petardy./ Usypane w sięgającą nieba piramidę/ buty Oświęcimia skarżyły się cicho:/niestety, przeżyłyśmy ludzkość./ Śpijmy, śpijmy, nie mamy dokąd pójść”.]
Obraz butów, które przeżyły ludzkość, jest fundamentalnym obrazem Auschwitz, Holokaustu, zagłady tych innych. Co się w końcu stało z tymi wszystkimi butami? Otóż stało się to, że po raz pierwszy w wierszu głos człowieka – tego, który w amerykańskim pokoju hotelowym ogląda w telewizji film – umilkł i zamiast niego przemówiły buty. Jak się to mogło stać? Czyż w wierszu Adama Zagajewskiego dla wszystkiego, dla każdego słowa i obrazu, nie istnieje wyjaśnienie? Stało się tak, bo człowiek rzeczywiście, całkiem niewinnie zasnął. Tamci za ścianą dalej świętowali urodziny, a w jego w myślach zawitały liliowe bzy – podobne do petard – i pierwszy sen, z którego przemawiają buty z Auschwitz.
Wiersze Adama Zagajewskiego czytam już czterdzieści lat. Najpierw w przekładzie Petara Vujičicia, następnie Biserki Rajčić, a potem Đurđicy Čilić. Tomiki tych trojga tłumaczy mam w swoich bibliotekach, pod różnymi adresami, czytam je, gdy któryś wpadnie mi w ręce. W dawnych czasach Zagajewski był szeroko obecny w jugosłowiańskich literackich gazetach i czasopismach, których było mnóstwo. Często na okładce albo w środku płachty z esejem czy tekstem prozatorskim, publikowano jego wiersz – jeden, jedyny, ale to było właśnie to. Pamiętam, gdzie byłem i co robiłem, gdy czytałem po raz pierwszy każdy z jego wierszy.
Do wojskowego przewrotu generała Jaruzelskiego Zagajewski był krakowskim profesorem filozofii. Potem wyemigrował do Ameryki i był jednym z szeregu wielkich i sławnych polskich emigrantów politycznych. W Ameryce wykładał poezję, kreatywne pisanie, filozofię. Uhonorowany wieloma międzynarodowymi nagrodami literackimi, nigdy nie otrzymał Nagrody Nobla. To wielka strata dla Nagrody.
Kiedy zmarł 21 marca 2021 roku w Krakowie, dokładnie w Międzynarodowym Dniu Poezji, odszedł nie tylko ostatni wielki europejski i światowy poeta dwudziestego wieku, ale również jeden z najznakomitszych Europejczyków. Zagajewski był tą granicą Europy w drodze na wschód, przez którą się przechodziło swobodnie, przez którą, jak w jednym z jego wierszy, Rosja wchodziła do Europy. Jego poezja była stworzona z obrazów, Zagajewski był doskonałym obserwatorem, był okiem i pamięcią świata. Pamięć jest fundamentalnym pojęciem jego twórczości. Książka o Zagajewskim, którą napisaliby jego uważni czytelnicy ze wszystkich stron świata, mogłaby nosić tytuł „Odpowiedzialność pamięci”. Chociaż obrazy, jakie kreśli, są fragmentami teraźniejszości, to jego wiersze zazwyczaj przybywają z przeszłości. Albo stamtąd, gdzie ta przeszłość jest jedynie przechowywana. To przeszłość społeczna, kulturowa, narodowa, ale przede wszystkim rodzinna. Napisał kilka niezapomnianych wierszy o ojcu. W jednym z nich, poświęconym rodzicom, ukazuje jak ojciec ręcznie przepisuje jego wiersz „Jechać do Lwowa”, by pokazać go przyjaciołom. W innym pisze o ojcowskiej kurtce, o starzeniu się, o zapominaniu, o śmierci. Niektóre z najpiękniejszych, najczulszych wersów poświecił Rosji. Wiersz „Gdyby Rosja”, w przekładzie Petara Vujičicia, brzmi tak: „Gdyby Rosję założyła/ Anna Achmatowa, gdyby/ Mandelsztam był ustawodawcą/ a Stalin tylko drugoplanową postacią/ z zagubionej gruzińskiej epopei,/ gdyby Rosja zdjęła swoje/ najeżone niedźwiedzie futro,/ gdyby mogła żyć słowem a nie/ pięścią, gdyby Rosja, gdyby Rosja.”.
[oryginał: „Gdyby Rosja została założona/ przez Annę Achmatową, gdyby/ Mandelsztam był prawodawcą/ a Stalin tylko marginesową/ postacią w zaginionym gruzińskim/ eposie, gdyby Rosja zdjęła swoje/ nastroszone niedźwiedzie futro,/ gdyby mogła żyć w słowie, a nie/ w pięści, gdyby Rosja, gdyby Rosja”.]
Gdyby Rosja mogła żyć słowem, a nie pięścią… Oto jeden z tych wersów Adama Zagajewskiego, tych fraz i zdań, które czytelnik pamięta w cytatach i parafrazach i które czytelnika przeobrażają, nawet gdy ich nie zapamięta. Literatura nie ma żadnego celu, oprócz bycia literaturą. Wiersz jest celem samym w sobie, podobnie jak życie nie ma innego sensu niż bycie życiem. Ale w przypadku Adama Zagajewskiego istnieje także coś, co moglibyśmy nazwać prastarą, sokratejską funkcją literatury: on swoimi wierszami naucza, jak przejść przez życie. Jak w amerykańskim pokoju hotelowym oglądać „Shoah”, jak żyć z Zagładą, jak żyć z Rosją i żyć z innymi, i żyć z ojcem… I jak pisać, pozwalając światu i obrazowi świata, żeby opisały same siebie.
Biserka Rajčić przełożyła wiersz „Wigilia 2004” [oryginalny tytuł: „Sylwester 2004”]. Oto jak brzmi w całości: „Jesteś w domu i długo słuchasz/ nagrań Billie Holiday,/ która śpiewa melancholijnie i sennie./ Liczysz godziny, które cię ciągle jeszcze/ dzielą od północy./ Dlaczego martwi śpiewają spokojnie/ a żywi nie mogą uwolnić się do strachu?”.
[oryginał: „Jesteś w domu i długo słuchasz/ nagrań Billie Holiday,/ która śpiewa melancholijnie, sennie./ Liczysz godziny, które jeszcze/ oddzielają cię od północy./ Dlaczego umarli spokojnie śpiewają/ a żywi nie mogą wyzbyć się lęku?”]
Adam Zagajewski jest teraz wolny od lęku.
Autor tekstu: Miljenko Jergović
Przekład: Barbara Kramar
Redakcja: Jerzy Molas

