You are currently viewing Czy sędzia próbował sam coś przetłumaczyć?
  • Post last modified:28 marca 2022
  • Post category:Teoria

Czy sędzia próbował sam coś przetłumaczyć?

Ludzie piszą, ludzie tłumaczą, a prawo próbuje ich dogonić. I nie myślę tu o policjantach ścigających literówki czy błędy w tekstach – w języku oryginału czy w przekładach. Mam na myśli próbę dogonienia ludzkiej kreatywności: wolnej i nieskrępowanej, która zawsze wyprzedza zapisy prawa próbujące nazwać, unormować i kodyfikować rzeczywistość. I nie ma nic złego, ani w tej wolności, ani w tym, że jako społeczeństwo dążymy do porządku i określenia granic – prostego nazwania tego, co jest dozwolonym użytkiem, a co kradzieżą. Oczywiście oprócz spisanych kodeksów i orzecznictwa zawsze na straży stoi zdrowy rozsądek sędziów, prawo zwyczajowe czy normy społeczne. 

Ma się rozumieć, że twórcy posługujący się słowem, bo nimi się zajmuję, oprócz artyzmu jaki muszą posiadać, by stworzyć dzieło, muszą znać oraz szanować obowiązujące reguły. Tymczasem zdarza się, że te reguły drepczą zamiast podążać w parze z kreatywnością, że wyobraźnia artysty wyprzedza logikę schematów postępowania i oceniania. Wyprzedza, bo nie została przewidziana albo budzi kontrowersje i czeka na więcej precedensów. 

Przedstawiam dziś publikację mecenasa Jakuba M. Dolińskiego, Tłumaczenie w prawie autorskim, która ukazała się w 2021 roku staraniem oficyny Wolters Kluwer.

Mnie ta pozycja zainteresowała tym, że zajmuje się problematyką tłumaczeń, w tym literackich. Z uwagą śledzę zmiany zachodzące w pod ejściu do tłumaczeń dzieł literackich i autorów tych prac. To zmiany zachodzące powoli, ale skutecznie. Lekceważenie roli twórców przekładów zawsze uważałam za poważny błąd. Studiowałam literaturoznawstwo, pracowałam jako tłumaczka, od lat przekładam literaturę i zawodowo współpracuję z prawnikami – specjalistami prawa autorskiego. Do tego dochodzą liczne kontakty z wydawcami: których wspieram promocyjnie i marketingowo, ale często łączy nas także umowa o dzieło na przekład. Zmieniam zatem kapelusze i występuję w różnych rolach, próbując połapać się, o co w tym wszystkim chodzi…

W rezultacie nabrałam przekonania, że przekład literacki postrzegany jest bardziej jako „komercyjne działanie do wykonania”, czy „praca nad odwzorowaniem” (i to z minimalną ilością odstępstw od oryginału), niż twórczość: wolna i … twórcza, a więc zdecydowanie nie odtwórcza. W dodatku każdy widzi to inaczej: po jednej stronie są odbiorcy (od wydawcy po czytelników) po drugiej autor przekładu. Pierwsza grupa – nazwijmy ich odbiorcami – zwykle pomija milczeniem osobę tłumacza i jego dzieło. No, chyba, że budzą się takie emocje jak wtedy, gdy tłumaczka dokonując nowego przekładu „klasyki”, poza wieloma zmianami, nadaje mu także nowy tytuł (zastępujący ten ulubiony i zakorzeniony w świadomości). Słowem mamy teraz „Anne z Zielonych Szczytów” w miejsce „Ani z Zielonego Wzgórza”. Dla mnie bomba, jestem za!

Ten wstęp jest próbą opowiedzenia o tym, czym zajmuje się i czemu się przygląda – z wielu różnych perspektyw – Jakub M. Doliński, więc gdy w 2021 roku oficyna Wolters Kluwer wydała tę niezwykle interesującą publikację jego autorstwa postanowiłam się jej przyjrzeć uważnie.

Najpierw spostrzeżenie ogólne: opisując zagadnienie tłumaczenia autor – zawodowo zajmujący się prawem autorskim – zarysowuje kontekst historyczny, przedstawia różne formy przekładów, strefy tłumaczeń, a także rozwiązania prawne i wyroki sądowe i, co bardzo ważne, czyni to wszystko z głębokim ukłonem w stronę teorii i praktyki przekładoznawstwa. Stąd też w podsumowaniu, którego dokonuje J.M. Doliński czytamy:

„Oceniając tłumaczenie jako przedmiot prawa autorskiego, należy rozpatrywać je pod względem autorskoprawnych obowiązków, m.in. dochowania wierności względem utworu przekładanego (integralność dzieła) czy stworzenia przekładu nie będącego kalką cudzego tłumaczenia (indywidualność i oryginalność dzieła). Przyglądając się niejednomyślnym tezom i tendencjom doktryny przekładoznawstwa, można zauważyć, że zasady tworzenia przekładu są sprzeczne ze sobą.”. 

Dalej autor przywołuje paradoks dwunastu wykluczających się wzajemnie zasad przekładu, który przedstawił T.H. Savory. 

Według mnie najistotniejsza wśród nich sprzeczność to:

„Tłumaczenie musi oddawać wyrazy oryginału – Tłumaczenie musi oddawać myśli oryginału”

Pozostałe paradoksy dotyczące wyboru stylu czy języka (współczesnego oryginałowi czy tłumaczowi), uzupełniania i opuszczania słów, zachowania bądź nie rymów w poezji są niejako pochodną tego głównego. Do tego dochodzi sytuacja „poprawiania” autora, dzięki czemu dzieło w przekładzie może być… lepsze niż oryginalne.

Mecenas J. M. Doliński w swojej pracy stawia tezę i buduje model „dzieła autonomicznego”. Jego koncepcja utworu autonomicznego jest według mnie trafna i czapki z głów, że umiał dojrzeć ten aspekt pracy tłumacza i się nim zająć.

Czytając z uwagą tę pracę – naukową dysertacją, ale napisaną z literackim polotem – przyglądałam się przytaczanym cytatom. Zwróciłam uwagę, że części przekładów dokonuje sam autor publikacji i pomyślałam, że piszący doświadczył na własnej skórze, czym tak naprawdę jest przekład. Na pewno zastanawiał się, co można osiągnąć i jak to zrobić, gdy będąc autorem przekładu jesteś lepszy od autora tekstu źródłowego (i co to znaczy lepszy), no i co jeśli inni tłumacze wcześniej przełożyli ten sam tekst – lepiej lub gorzej; ile ci wolno, jak daleko możesz się posunąć się w zmianach, ulepszeniach czy poprawkach ewidentnych niedociągnięć czy wręcz błędów w tekście źródłowym. Słowem: czy ty jako tłumacz jesteś tylko rzemieślnikiem, Google’owskim translatorem w ludzkiej skórze, czy też jesteś twórcą, artystą, autorem nowego, autonomicznego dzieła w twoim języku? Czy to w końcu jest twoje (!) dzieło? I na ile niezależne jest ono od oryginału?

Po przeczytaniu książki jestem pewna, że mecenas Doliński posiada zarówno teoretyczną, jak i praktyczną wiedzę o tym, czym jest przekład. Wie też, że dzieło literackie, jeśli jest przekładane na inne języki ma wielu ojców (i wiele matek): począwszy od autora tekstu źródłowego po wszystkich autorów przekładów; i że ten proces reinkarnacji, jak o przekładzie powiedział Ulrich von Wilamowitz-Moellendorff, nie ma końca.

Publikacja, którą otrzymujemy od oficyny Wolters Kluwer jest ważnym głosem o tym, że dzieło literackie mając niezliczoną liczbę autorów, ma równie wielką ilość istnień i obliczy. Nie wolno bowiem zapominać, że tłumacz jest jednym z odbiorców danego dzieła, a ono, podobnie jak sztuka, jest przez każdego inaczej postrzegane, odczytywane. Każde dzieło ma zatem także nieskończoną liczbę warstw i znaczeń, których odczytanie (i przeniesienie do innej sfery języka i kultury) zależy od wielu czynników, w tym posiadanych narzędzi poznawczych.

Uważam, że koncepcja utworu autonomicznego w rzeczywistości już istnieje i funkcjonuje, a głos mecenasa Jakuba M. Dolińskiego wybrzmi nie tylko wśród tłumaczy i lingwistów. Ciekawa jestem, jak poradzą sobie z tą materią przepisy prawne, jak ją zrozumieją i wprowadzą w życie prawnicy reprezentujący różne podmioty i strony uczestniczące w procesie tworzenia dzieł – w tym przekładów. No i czy sędzia sam spróbował kiedyś coś przetłumaczyć?

Recenzja wkrótce ukaże się na łamach drukowanego pisma Biblioteka Analiz

Jakub M. Doliński, Tłumaczenie w prawie autorskim, Wolters Kluwer, Warszawa 2021, ISBN978-83-8223-216-5, s.323