Dziś wracam do mojej recenzji książki macedońskiego pisarza Blaže Minevskiego „Celownik” w przekładzie Elżbiety Ćirlić.

w przekładzie Elżbiety Ćirlić
Publikacja, która ukazała się w 2019 roku staraniem Biblioteki Analiz w serii wydawniczej „Biblioteka Słów” nadal mnie fascynuje i… nuży. Jak to możliwe, by jedno dzieło budziło tak skrajne uczucia? A może właśnie takie wpisują się w naszą pamięć? Ciekawi mnie też czy tak niszowa literatura ma szanse zaistnieć w świadomości polskiego odbiorcy? Dzięki takim przekładom jest chyba nadzieja – cieszę się zatem, że istnieją odważni wydawcy i znakomici tłumacze.
Koniecznie muszę dodać, że krytycy uznali „Celownik” za arcydzieło macedońskiej, a tym samym europejskiej i światowej literatury. Powieść została przetłumaczona na wiele języków, a polski przekład został nominowany w 2019 roku do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus oraz wszedł do półfinałowej czternastki (więcej o tym tutaj).

O to, co napisałam dla Magazynu Literackiego KSIĄŻKI (tutaj 7/2019), który zawsze i niezmiennie polecam Waszej uwadze, tuż po ukazaniu się polskiego przekładu powieści Minevskiego.
Rzadko czytamy w Polsce książki macedońskich autorów. Przyczyn może być kilka, ale na pewno literatury tzw. „małych języków” (tych na odwrotnym biegunie użytkowania niż angielski czy hiszpański) trudniej docierają i przebijają się do świadomości innych narodów. Szczególnie, gdy dzieli je kilka granic, a co za tym idzie, również różnic kulturowych.
Z racji wykształcenia, czytam od lat literaturę krajów byłej Jugosławii w oryginale. Lubię jej specyficznego ducha, klimat, ale przede wszystkim konotacje, jakie we mnie budzi. Dostrzegam jak te stare, dobrze mi znane, przełamują się z nowymi; jak odrzucane są wspólne elementy na rzecz swoistych i bardziej zindywidualizowanych, czy wreszcie, jak język wypiera (się) naleciałości.
Zawsze też z radością sięgam po przekłady na j. polski. Jest w tym mój podziw dla wydawcy, że podjął się przedsięwzięcia, które ekonomicznie kiepsko się spina (albo nie spina się wcale), a także dla tłumacza (w wypadku literatury tego rejonu, dotychczas głównie tłumaczek, choć ostatnio się to zmienia). Zupełnie nie przeszkadza mi, że znam treść – czytanie w oryginale i w przekładzie to dwa odrębne przeżycia, dwie odrębne lektury, dwa odrębne światy. Pomijam moją ciekawość i chęć sprawdzenia jak inna profesjonalistka pokonała trudności, jak poradziła sobie z idiomami czy nieprzekładalnymi treściami. Jest to na pewno fascynująca podróż po meandrach skojarzeń czy słownictwa, po które sięgnął tłumacz. Ale czytanie i porównywanie – linijka po linijce – zabiłoby jakąkolwiek radość z lektury, a przecież dla niej właśnie sięga się po książkę.
„Celownik” najpierw przeczytałam po polsku, a dopiero potem po macedońsku. O tym, że przekład i oryginał mają odrębnych autorów, którzy zostawiają swój ślad, można by długo pisać. Tak musi być i nie ma chyba „przezroczystych” przekładów – i według mnie to dobrze. Tym razem jednak sięgnęłam po oryginał w bardzo określonym celu – nie mogłam sobie bowiem poradzić z… motylami. A także z pierwiosnkami. Ale to chyba motyle były bardziej intrygujące. Zastanawiałam się czy w oryginale też będą mnie tak zaskakiwać, ba, byłam nawet pewna, że tak będzie, i że moje zdziwienie będzie jeszcze większe. Co gorsza, nie mogłam zrozumieć, o co tu w ogóle chodzi. Wydawało mi się, że szybciej odkryję tę tajemnicę czytając po macedońsku: jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, zobaczę inne obrazy, a w macedońskiej leksyce, w szyku zdania, usłyszę inne akcenty, a te przywołają inny sens. Ponieważ jest w nas potrzeba klasyfikowania czy nazywania, szukałam prostej odpowiedzi na pytanie: co, i o czym, do licha, czytam? Czy to powieść o wojnie, czy o pisaniu powieści. Czy to powieść o snajperze i zabijaniu, czy miłości, literaturze, życiu. Czy ważny jest ten śmiercionośny nabój, który ma trafić w cel, czy słowa i tematy, które fruwają – jak motyle. Czy czytam powieść opartą na faktach z niedawnej, krwawej bałkańskiej przeszłości (która przecież jednak ominęła Macedonię) czy to zabawa literacka, z chwytami i mieszanką stylów, znaną mi dobrze od strony teoretycznej.

W czasie lektury robiłam sobie notatki, bo czułam intuicyjnie, że istnieje jakaś logiczna zasada, jakaś koncepcja, idea, której nie dostrzegam. Szukałam czegoś, co spina, porządkuje. I odkryłam, że powieść oparta jest na dualizmie, definiowanym w najkrótszych słowach, jako jednoczesne występowanie dwóch odmiennych zjawisk, zasad, pierwiastków. Jak wiadomo, ta dwoistość fascynuje filozofów od starożytności po współczesność, dając różnorodne koncepcje filozoficzne, w większości jednak oparte na opozycji i wykluczającej się dwoistości. W tak rozumianym dualizmie każdy byt składa się z dwóch przeciwnych pierwiastków, światem rządzą dwie sprzeczne zasady i dwie zwalczające się siły: dobra i zła. Tym samym każdy byt, a w jego ramach element, jest w opozycji do drugiego bytu czy elementu. W rezultacie mamy do czynienia z wizją świata wewnętrznie rozdartego na świat dobra i zła, bytu i niebytu, prawdy i fałszu – zawsze wykluczającej się opozycji.
Właśnie tak rozumiany dualizm dostrzegłam w „Celowniku”. To powieść (o) sprzeczności. Zbudowana w formie dialogu przeciwieństw – w każdym aspekcie i na każdym poziomie. To literatura, a więc fikcja, stojąca w sprzeczności z rzeczywistością i faktami oraz akt twórczego działania, a więc sztuka, sprzeczny z przysłowiową prozą życia. W rezultacie nic nie jest takie, jak to postrzegamy. Nic nie jest pewne, stale, jednoznaczne. Nic nie jest także prawdziwe, bo czy istnieje prawda? Jedna? Prawdziwa?
Utwór, który w zasadzie wydaje się być powieścią na wskroś realistyczną, nagle jawi się jako bajka, z jej typowymi elementami i chwytami:
„Wiem o chłopcu, który znalazł swój piorun i natychmiast przemienił się w motyla. (…) Za dziewięcioma cmentarzami, za dziewięcioma górami. (…). Byłem przekonany, że powieści są pełne motyli, dlatego że pisarze nie tworzą czegoś, co widać, tylko coś, co istnieje, chociaż tego nie widać. Nigdzie, w żadnej książce, żadna postać nie jest ciałem, Dorutina; wszystkie postaci to tylko dusze, jakieś motyle, coś cichego i pięknego jak wieczność. (…) Teraz mogę ci wyznać, że nic nie jest prawdą. Wszystko jest kłamstwem, Dorutina!”.
Nie wchodząc w rozważania, na temat co najmniej trzech poziomów interpretacyjnych utworu, trzeba powiedzieć, że Minevski nie tworzy prostej i przyjemnej literatury. Jego powieść budzi sprzeczne odczucia: zaciekawia i nudzi, wciąga i odrzuca, spełnia oczekiwania czytelnika i zawodzi go całkowicie. Jest przewidywalna i zaskakująca. Tyle samo razy się sięga po książkę, co rzuca ją w kąt. I w tym chyba jest właśnie jej siła. Wielość, można powiedzieć – nadmiar – sprzeczności wywołuje lawinę wątpliwości i pytań. A te rozbudzają emocje i zmuszają do poszukiwania sensu – szczególnie, gdy po wielokroć wraca się do końcowych scen i słów książki.
Zapamiętam ten utwór w postaci obrazu – a dokładnie ilustracji z okładki, bo znakomicie oddaje przesłanie książki (brawo dla Aleksandra Ćirlicia). Oto jest – w lunecie wojskowego snajpera, podświetlony na czerwono, krzyż celowniczy, który ma skrzydła motyla. Zło i śmierć przeciw pięknu i dobru. Albo odwrotnie… A tłem jest betonowa, porowata ściana, od uderzenia w którą zginie, i motyl, i człowiek. To ich łączy.
Recenzowana książka:
Blaże Minevski, Celownik, przekład Elżbieta Ćirlić, Biblioteka Analiz Sp. z o.o., seria Biblioteka Słów, Warszawa 2019, wyd. I, s.343, ISBN 978-83-952611-2-1
Dla zainteresowanych:
Zachęcam do zajrzenia na stronę portalu Rynek Książki (tutaj), gdzie znajduje się wiele dodatkowych informacji na temat autora i jego dzieła